Urodziła się w Polsce, a na stałe mieszka w Niemczech. Wczoraj zagrała w studiu Radia Gdańsk. Salę po brzegi wypełniła swoimi fanami i zahipnotyzowała muzyką. Mowa nie o kim innym jak o Julii Marcell.

Brzmienie wokalistki to szeroko pojęta alternatywna, niektórzy przypisują je do gatunku indie rocka. A ja powiem, że gdziekolwiek by jej nie zakwalifikować, to dobrze sprawdza się na żywo. Julia głosem zaprasza słuchaczy do krainy swojej muzyki.

Bardzo zaciekawiła mnie pierwsza piosenka „Superman” z lekko nieczystym głosem wokalistki i specyficznie folkowo – rokowym instrumentalem. Smyczki z alternatywą i głosem Marcell spotkały się z aplauzem publiczności.

Druga z piosenek pod tytułem „Echo” to połączenie angielskiego tekstu z polskimi słowami. Z początku zdezorientowało mnie to oryginalne połączenie i nie do końca jestem przekonana co do takich miksów, wolę całość w jednym języku. Choć muszę przyznać, że w obu przypadkach wokalistka brzmi dobrze. Wśród przewarzającej ilości piosenek angielskich znalazł się też utwór w całości z polskim tekstem – “ Cincina”.

Trochę funku i elektroniki zostało przywołanych w utworze „Twelve”. Nie spodobało mi się jednak brzmienie głosu Julii w tej piosence. Był on dosyć niepewny i chwiejny, mimo tego publiczność była zadowolona i wyraziła to w oklaskach.

Lekka perkusja i cichy elektroniczny podkład z tyłu, to składniki początku „Since”. Utwór brzmieniowo nie przypomina polskiej sceny, ale zagraniczne inspiracje artystki.

Werble z dodatkiem rytmicznego klaskania publiczności, następnie gitara, a potem wokal: Teacher teacher teacher. Won’t you tell me how to swim? Innymi słowy kolejna z moich ulubionych piosenek Marcell, czyli „Teacher’s”. Energiczna całość z przybrudzoną gitarą kupiła mnie w wersji na żywo, tak samo jak wcześniej w wersji studyjnej.

Publiczność miała okazję usłyszeć także „The Story”. Smutną piosenkę o przemijaniu i tęsknocie, ubraną w piękne słowa. Przeszła ona płynnie w „Crows” z przeważającymi w brzmieniu perkusją i klawiszami, które zamieniają się później ze skrzypcami.

Dislocated Joint” uwolnił wysokie dźwięki głosu artystki i jej popisy wokalne. Po raz kolejny przestrojona gitara, spokojna perkusja i chórki oraz ciekawy wokal. Ta piosenka jest przykładowym brzmieniem Julii Marcell, które cechuje nastrojowość. Podobnie mogłabym w skrócie opisać „I wanna get on fire”.

Oniryczną, ale bynajmniej nie usypiającą atmosferę wniosła piosenka „Piggy Blonde”. W repertuarze znalazł się także kawałek o dobrych manierach „Manners”, z ciekawymi słowami: Mam tyle miłości do podzielenia, ale Jezus strzeże mojej bielizny. Aczkolwiek w języku angielskim nie brzmi to mniej dziwacznie niż po polsku.

Wymienić można by jeszcze kilka zaśpiewanych utworów, ale ja już podsumuję: ta muzyka potrafi przenieść do innej krainy, zahipnotyzować. A nie wszyscy muzycy potrafią tę magiczną sztuczkę, więc za to należą się ode mnie słowa uznania.

Co do kontaktu z publicznością, muszę przyznać, że przywitanie artystki było dosyć skromne – Dobry wieczór! Później było nieco lepiej, aczkolwiek zbyt rozmowna muzyczka się nie wydała. Później przyznała, że jak mówi i stroi gitarę to wygaduje głupoty. Jednak lekka zadyszka w głosie podczas kilku rozmów z publicznością potwierdziła brak playbacku i zaangażowanie w śpiewanie i włożenie ogromnej energii w koncert.

W zapowiedzi koncertu Paweł Luciński przyznał, że widział kilka lat temu występJulii na początku jej kariery, potem obserwował jej dokonania przy drugiej i trzeciej płycie. Postanowił zaprosić wokalistę do Radia Gdańsk. Zapowiedział, że będzie to koncert wyjątkowy, który na dodatek wpisał się w obchody 70. urodzin naszego radia. Szukając przymiotnika opisującego artystkę, znalazł słowo zjawiskowa. I jak tu się nie zgodzić z Lucińskim?

 

Skład zespołu:

Julia Marcell – wokal, pianino, gitara, sampler

Mandy Ping-Pong – altówka, wokal

Thomsen Slowey Merkel / Carsten Hein – bas

Sebastian Schmidt / Thomas Fietz – perkusja