Jakiś czas temu portal Music Serwis skasował swoją stronę i tym samym wszystkie artykuły. Co za tym idzie z powierzchni internetu ulotnił się wywiad z członkami zespołu Cochise. Trzeba było temu zaradzić. Pod spodem znajdziecie cały wywiad z Pawłem Małaszyńskim i Wojciechem Naporą :)

Nie poddajemy się – jesteśmy Cochise

 

Białystok zawsze kojarzył mi się z disco polo, ale to także kolebka rock’n’rolla. O tym skąd się wzięły indiańskie inspiracje, dlaczego Paweł jest największym problemem zespołu, jak to się stało, że Cochise nie zagrało na Woodstocku i dlaczego Małaszyński zaprowadził mnie do męskiej toalety. Spokojnie. Po koncercie szukaliśmy w całym klubie cichego miejsca na wywiad.

 

Ania Polcyn: Od dwóch lat nie graliście na Pomorzu. Jakie wrażenia po gdańskim koncercie?

Paweł Małaszyński: Chcielibyśmy, żeby każdy koncert wyglądał tak jak ten. Kończymy nim trasę w 2014 roku i to naprawdę świetne zakończenie. W tym roku występowaliśmy 41 razy i nie boję się tego powiedzieć – ten koncert był jednym z najlepszych. Fenomenalna atmosfera, fenomenalni ludzie. Absolutnie się tego nie spodziewaliśmy.

Wojciech Napora: Dostaliśmy informację, że sprzedały się tylko trzy bilety w przedsprzedaży.

Paweł Małaszyński: (śmiech)

Wojciech Napora: Tym większe nasze zaskoczenie. Na scenie powiedziałem: mam nadzieję, że sprawiliśmy wam radość. Było to bardzo szczere.

Paweł Małaszyński: Było też widać, że to są ludzie, którzy znają naszą muzykę, śpiewali z nami. To dla nas bardzo ważne.

 

Ania Polcyn: Często można się spotkać ze stwierdzeniem, że lepiej prezentujecie się na koncertach niż na płytach…

Paweł Małaszyński: To jest najlepszy komplement, jaki może dostać zespół. Byłoby gorzej, gdyby płyty były dobre, a ludzie by mówili: Boże, tylko nie koncertujcie, zamknijcie się w studiu i wyłącznie nagrywajcie. Aktora możesz poznać na scenie teatralnej, zespół – gdy gra na żywo.

Wojciech Napora: To bardzo naturalne, na żywo lepiej się odbiera utwory. Teraz płyt słucha się najczęściej na komputerze, z mp3, na słuchawkach, niejako w zamknięciu. Kiedy masz możliwość zobaczyć zespół na koncercie, jest inaczej. Bardzo miło usłyszeć, że na żywo jest się lepszym.

 

Ania Polcyn:Skoro jesteście tak dobrzy na żywo, to może powinniście wydać jakiś album koncertowy?

Wojciech Napora: Ten temat często powraca. Moim zdaniem wydawanie albumu koncertowego w dzisiejszych czasach jest, delikatnie mówiąc, bez sensu. Ma to niewiele wspólnego z tym co można usłyszeć na żywo. Zbyt dużo w tym pracy studyjnej. Płyty live nie brzmią tak, jak zespół na scenie. Więc po co?….

 

Ania Polcyn: Graliście na Impact Fest, w Węgorzewie, dziś było to klubowe granie. Jaka jest specyfika występów na małej scenie, a jak to jest z festiwalami?

Paweł Małaszyński: Nie ma dużej różnicy. Fajnie jest zagrać na dużym festiwalu, pokazać się szerszej publiczności. My jesteśmy trochę z tym na bakier, bo oprócz Węgorzewa, Impact Festiwalu i Cieszanów Rock Festiwalu nie udało nam się zagrać przez 11 lat na żadnym innym. Staramy się co roku niestety bez rezultatów, ale nie poddajemy się – jesteśmy Cochise.

 

Ania Polcyn: Z Woodstocku sami zrezygnowaliście.

Paweł Małaszyński: To była inna sytuacja. Startowaliśmy i z siedmiuset kapel doszliśmy do pierwszej dziesiątki, co było dla nas ogromnym sukcesem. Bardzo się cieszyliśmy. Nie weszliśmy do finałowej piątki ze względu na to, że zaproponowali nam, jak pewnie wiesz, konkurs SMS-owy. Nie chcieliśmy namawiać naszych fanów na wydawanie pieniędzy, żebyśmy tylko mogli zagrać na Woodctocku. Trochę to było niemuzyczne.

Wojciech Napora: Jeżeli ktoś by powiedział nam, że muzycznie się nie nadajemy, to nie ma problemu. Natomiast konkurs SMS-owy – sorry „taki mamy klimat” (śmiech) to nie dla nas.

Paweł Małaszyński: Wzięliśmy udział całym sercem w tzw. konkurencji, wystąpieniu na przesłuchaniu. Walczyliśmy z innymi zespołami muzycznie, a nie finansowo. Nie udało się wystąpić na Woodstocku – szkoda.

Wojciech Napora: Wystąpimy za to 11 stycznia na Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy. Dwa koncerty jednego dnia.

Paweł Małaszyński: Co roku wspieramy orkiestrę i staramy się zagrać w jakimś mieście.

Wojciech Napora: Szczytny cel i fajna przygoda. Dwa razy udało nam się nawet wyjechać za granicę na WOŚP.

 

Ania Polcyn: Jak już mówimy o zagranicy. Śpiewacie po angielsku, choć jesteście polskim zespołem. Nie uważacie, że przydałoby się wplecenie trochę polskiego?

Paweł Małaszyński: Możesz zapytać o to również Dawida Podsiadło i Curly Heads czy Acid Drinkers.

 

Ania Polcyn: Jak będę miała okazję to i owszem. A pytam, bo zawsze chciałabym utworu od polskiego zespołu, który jest w ojczystym języku.

Wojciech Napora: Na naszym pierwszym demo „9” są tylko dwa utwory po angielsku, a 6 po polsku.

Paweł Małaszyński: Z płyty na płytę rezygnowaliśmy nie ze względu na to, że nie chcemy śpiewać po polsku. Charakterystyka i układ kawałków był taki, że polski nie zdał egzaminu. To nam nie wychodziło. Gdy zaczęliśmy układać linie melodyczne pod angielski tekst, zaiskrzyło. Może to też dlatego, że jesteśmy wychowani na muzyce anglosaskiej. Nie odrzucając naszych polskich idoli rocka lat 80’ i 90’. Jak przejrzysz historię polskiego rocka zobaczysz, ile znanych zespołów śpiewało po angielsku. Republika, Hey na pierwszych płytach, Kult. Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Wiemy, że to może stanowić przeszkodę, że polski zespół śpiewa po angielsku. Mury runęły, jesteśmy w Europie, koniec z żelazną kurtyną. I angielski chyba w niczym nie przeszkadza. Nie odcinamy się od polskiego, ale nie jest nam na dzień dzisiejszy po drodze.

Wojciech Napora: Nie jesteśmy zespołem, który wyznacza trendy. Mamy ten świetny komfort, że robimy taką muzykę, jaka nam odpowiada.

Paweł Małaszyński: Nikt nam nie narzuca drogi. Na siłę niczego nie będziemy robić, bo oszukiwalibyśmy samych siebie, a przede wszystkim ludzi, którzy nas słuchają. Kiedy mówisz prawdę albo żądasz tego, co chcesz osiągnąć, to stajesz się trudny. Ja myślę, że my jesteśmy zespołem bardzo trudnym do sklasyfikowania.

 

Ania Polcyn: Jest coraz więcej zespołów, które czerpią z różnych nurtów i to jest fajne, ciekawe.

Paweł Małaszyński: Oczywiście, że tak. Jestem pod dużym wrażeniem płyty Curly Heads. Mieliśmy przyjemność zagrać z nimi 2 lata temu, supportowali nas.

Wojciech Napora: Dawid wtedy jeszcze nie wypłynął. Choć były zakulisowe rozmowy, że on na pewno coś osiągnie. I fajnie, że mu się udało.

Paweł Małaszyński: Byłem w szoku, jak przesłuchałem album. Płyta na europejskim poziomie.

 

Ania Polcyn: Paweł, trudno zapomnieć o tobie jako aktorze. Zdarza się, że nie patrzy się przez to na zespół, a tylko na Ciebie?

Wojciech Napora: Dostaliśmy propozycję, żeby zrobić płytę z Pawła twarzą na okładce, do popularnej gazety. Zrobić album po polsku, wybrać kilka kawałków i zarobić na tym.

Paweł Małaszyński: Borykamy się z problemem mojej osoby w Cochise. Ja jestem największym problemem tego zespołu, moja popularność. Większość osób myśli, że to jest kupon odcięty od mojej telewizyjnej kariery. Nie przejmujemy się tym, bo każdy ma prawo oceniać.

 

Ania Polcyn: Nieczęsto w dzisiejszym świecie unika się wykorzystywania do promocji wszelkich dostępnych środków. Nie grasz swoim aktorstwem w muzycznym świecie.

Paweł Małaszyński: Ja nie, ale inni tak. Przestaliśmy z tym walczyć. Bronimy się tym, co gramy na scenie, jak myślimy i tworzymy muzykę. To jest ważniejsze niż znana twarz w zespole. Jak zakładaliśmy Cochise, to byłem studentem szkoły teatralnej i nagle mielibyśmy przestać, bo moja popularność osiągnęła apogeum? (śmiech)

Wojciech Napora: Apogeum (śmiech)

Paweł Małaszyński: Dlatego też mieliśmy przerwę w koncertowaniu, prawie sześcioletnią. Panicznie się bałem, bo wiedziałem, że będą nas traktowali jak odprysk od mojej popularności.

 

Ania Polcyn: Jesteście już tyle lat na scenie, macie jeszcze w słowniku słowo trema?

Paweł Małaszyński: Ja mam zawsze. Przed każdym koncertem jestem posrany.

 

Ania Polcyn: To bardziej obawa o to jak zaśpiewasz, czy jak fani cię przyjmą?

Paweł Małaszyński: O wszystko. O nagłośnienie, czy będę się dobrze słyszał. To głupoty, ale bardzo ważne. Nie wychodzimy jak czwórka twardzieli – kim my tu nie jesteśmy. Gdybyśmy się pozbyli tremy, to byłoby słabo.

 

Ania Polcyn: Skąd pomysł na indiańskie motywy – chodzi mi zarówno o nazwę zespołu jak i chociażby brzmienie Back to Beginning.

Wojciech Napora: Tam można usłyszeć najwięcej tych wpływów. Na Back to Beginning postaraliśmy się o ukłon w stronę Indian. Niekoniecznie koncept album, ale taki, na którym sporo motywów indiańskich się pojawiło. Nazwa może sugerować, że będziemy robić każdy utwór pod indiańskim wpływem. Tak nie jest. Pojmujemy tą „indiańskość” jako odmienność.

Paweł Małaszyński: Back to Beginning było ukłonem w kierunku nazwy. Uważaliśmy, że jesteśmy to winni wielkim wojownikom. Ten zespół to też trochę czwórka wojowników. Nie mamy już po dwadzieścia parę lat, dobijamy czterdziestki. Doświadczenia, które zebraliśmy w ciągu całego życia skrystalizowały się w tym składzie. Często zastanawiamy się, co by było, gdyby Cochise powstało w momencie naszego poznania, gdy mieliśmy po 20 lat. Robienie muzyki jest bardzo proste. Problem jest ze znalezieniem nazwy, która coś znaczy. Wpadliśmy na pomysł słuchając Audioslave – ich singla Cochise. To było też związane z moim zainteresowaniem Indianami, gdyż bardzo poważnie podchodzę do tej kultury, ukształtowała ona w pewien sposób mój charakter, osobowość. Zaraziłem tym trochę chłopaków. Cochise był bardzo ważnym wojownikiem w kulturze Indian Ameryki Północnej. Podobnie jak on staramy się walczyć, iść do przodu i nie przejmować się konsekwencjami. Na okładce są góry Dragoon, gdzie ukrywał się Cochise. Wybraliśmy też utwór The Doors, ze względu na to, że Morrison był indianistą. Znaleźliśmy też wiersz na Youtube – Kill the Indian save the man, który zrobił na nas potężne wrażenie. Wojtek najpierw napisał Face Into the Wind, mający być akustycznym utworem. Po znalezieniu wiersza połączyliśmy oba i tak powstało Kill the Indian save the man.

 

Ania Polcyn: Franciszek Walicki powiedział kiedyś: „Co to jest rock’n’roll? To jest właściwie kicz w połączeniu z czymś ważnym, co wykonawca chce powiedzieć od siebie i publiczności”.

Paweł Małaszyński: Rock’n’roll jest muzyką absolutnie szczerą. Fałsz nie przejdzie, bo to ludzie wyczują. Jest bardzo cienka linia pomiędzy kiczem i czymś prawdziwym. To jest też kwestia zrozumienia i wejścia w krwiobieg danego zespołu. Albo cię to dotyka albo nie.

 

Ania Polcyn: Za nami koniec trasy, jakie są wasze najbliższe plany muzyczne?

Wojciech Napora: Nagrać demo jeszcze w tym roku.

Paweł Małaszyński: The Sun Also Rises for Unicorns, to tytuł przyszłego albumu.

Wojciech Napora: Zobaczyć jaki on ma kształt, w którym kierunku powinniśmy pójść, nad czym jeszcze popracować. W maju, czerwcu postarać się nagrać tę płytę. I koncerty 2015.

Paweł Małaszyński: Trasę zaczynamy od koncertów Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Wałczu i Bydgoszczy. Reszta koncertów jest ustalona do kwietnia, dwa po raz kolejny w Anglii. I to wspomniane wejście do studia maj/czerwiec i nagranie planowanych 13 utworów, a ile wejdzie w skład to zobaczymy. I na jesień – pod skrzydłami Metal Mind – premiera.